o mojej muzyce

0
30 sierpnia 2010

Otrząsam się po formacie dysku C. Straciłam ogrom danych, ale… o tym smęcę tyle czasu, że chyba cały świat jest tego świadomy. Bo ja gadam za dużo. Prawda? Za często, za dużo, za długo i po prostu wszędzie, gdzie tylko się da. Stąd w zasadzie milion blogów.

 

Ale nie o tym chciałam.
Chciałam o muzyce.
Nie ma na świecie rzeczy dla mnie piękniejszej niż muzyka, nawet Ferb przy niej wypada blado, mimo, że jest bajkowym obrazem mojego ideału mężczyzny… Muzyka była zawsze i zawsze będzie. Ja namiętniej zaczęłam czegoś konkretnego słuchać w piątej klasie szkoły podstawowej. Wtedy na moim biurku stanęły pierwsze płyty, zakupione z jakichś uzbieranych drobnych. Był to polski, a dokładniej poznański, hip hop z wydawnictwa UMC. Owal, Mezo i składanki na których znalazł się chociaż jeden utwór pierwszego z nich. To była istna mania! Musiałam mieć wszystko co nagrał. Spełnieniem moich marzeń był koncert w 2005 roku, kiedy miałam okazję go poznać, dotknąć i spojrzeć w oczy, które z poziomu monitora urzekały mnie tyle czasu. Do tej pory nawet gdzieś po szafkach wala się marker, którym podpisywał mi płyty… Było. Miłość do rapu minęła, zastanówmy się kiedy…

Było to w 2006 roku. Obejrzałam Constantine’a, który odmienił moje muzyczne życie. W pewnej scenie, gdy Keanu Reeves wchodzi do pokoju Papy Midnight’a przez czerwony korytarz, wybrzmiewają dźwięki piosenki, która zawojowała w moim mózgu. Passive zespołu A Perfect Circle. To były piękne dźwięki i fascynujący głos. W dodatkach do płyty był teledysk do właśnie tej piosenki. To było to. Na internecie znalazłam kolejną ich piosenkę – Gravity, która jakoś wybitnie przypominała mi The Cure, którego słucha moja mama. Musiałam mieć ich płytę i faktycznie, znalazłam ją w kieleckim Media Markcie. Nie chcę nawet myśleć ile na nią wydałam, ale na pewno dwa razy więcej niż na te polskie. Warto było!
Później zaintrygowały mnie radia oferowane przez Cyfrę+. Music Choice Rock. Tam był Incubus, kolejna z wielkich miłości trwających do teraz. Co dalej? Długo chyba nie doszło nic nowego, poza chwilowym zauroczeniem Papa Roach prawie cztery lata temu, aż do Sountracka z Transportera, gdzie znalazły się dwie piosenki prawie zupełnie nieznanego zespołu The Servant, który na koncie ma aż cztery świetne płyty. I za sprawą Cellsa i Body do mojego kanonu rockowych zespołów dołączył kolejny. Nawet nie wiecie jak ciężko było kiedyś zdobyć ich piosenki! Z pomocą znów przyszedł mi Media Markt, w którym znalazłam ich ostatnią płytę. Kto by pomyślał? To był wrzesień 2008 roku.
Podążając szlakiem soundtracków, spodobało mi się kilka piosenek z Need for Speed: Undercover. (Google podpowiadają, że wyszedł on w listopadzie 2008 roku, więc Soundtrack miałam niewiele później) Innerpartysystem – this empty love, Amon Tobin – micro mighty people, Kinky – mexican radio i dwie piosenki Puscifera, zespołu, w którym śpiewa mój ukochany James Maynard Keenan, przez którego odeszłam od słuchania hip-hopu. W erze soundtracków nadal trwa fascynacja Edwardem Shearmurem, głównie z powodu Klucza do Koszmaru i K-Paxa.
Innerpartysystem znajduje się aktualnie w ścisłej czołówce, Amon Tobin również. Dalej.
3oh!3, najbardziej popieprzony twór z całego mojego dysku. Seksistowskie teksty i muzyka, którą ciężko określić. Czasem myślę, że to alternatywa, innym razem widzę hip-hop, a w kolejnej piosence dochodzę do wniosku, że to Electro. I bądź tu człowieku mądry, ale… ja sobie musiałam poradzić i stworzyłam idealną nazwę: alternatywny electro-hip-hop, prawda, że twórcze? Miłość do nich zaczęła się na radiu internetowym, które znalazłam przypadkiem w zasadzie. Nazywa się KROX i znaleźć je można tutaj. Tam też zakochałam się w Foo Fighters i Kings of Leon, których poznałam pół roku wcześniej, niż był na nich szał w Polsce. Use Somebody biło rekordy w niektórych stacjach, choć moim faworytem jest Sex on Fire. Ci czterej panowie również znajdują się w ścisłej czołówce.
Z miłości do lat 80, słucham pojedynczych utworów z tamtych czasów, pod przewodnictwem Depeche Mode, The Cure i Scorpionsów. Z czego tego pierwszego najczęściej.

 

Była fascynacja Paramore ze względu na niezły soundtrack do pierwszej części Zmierzchu. Na tej płycie znalazła się piosenka zespołu, który lekko przewijał się już wcześniej na tym internetowym radiu i na Cyfrze. Muse ze Starlight i Knights of Cydonia. Supermassive Black Hole było fajne i lubiłam tego słuchać, ale jakoś musiało to ustąpić miłości do 3oh!3, którego zaraz po odkryciu słuchałam dosłownie cały czas (sądzę, że na last.fm można to znaleźć)…

 

Całkiem niedawno, przypomniałam sobie o tajemniczej piosence z radia KROX. Leciała, ale nie było jej na liście odtwarzanych numerów, ani razu z tych kilku gdy słyszałam ją w głośnikach. Uwierzcie mi, tekst był naprawdę ciężki do interpretacji, nagrałam ją sobie na telefon (to były pierwsze dni LG Cookie, więc było to jakoś w marcu 2009) i wsłuchiwałam się w tekst, by mieć co wpisać w Googlach. Wyhaczyłam jedno słowo – sleepyhead, powtarzające się wysokimi głosami w refrenie. YouTube podsunął parę propozycji piosenek o tym tytule i naprawdę ją znalazłam. Zespół nazywał się Passion Pit i oczywiście nie mówił mi nic. Miałam jedną piosenkę i nie szukałam nic więcej ich. Nie wiem w zasadzie dlaczego, ale chyba ze względu na aktualną miłość do Kingsów. Zainteresowałam się nimi bardziej jakieś trzy miesiące temu. Może nawet mniej? Te wakacje tyle trwają, że straciłam poczucie czasu, ale chyba mogę to sprawdzić. Mogę. BLIP pokazuje 3 czerwca (Blip!). To jednak trafiłam. Są w kanonie, ale ich muzyka dziwnie na mnie działa. Hipnotyzuje mnie, mam wrażenie, że przenoszę się do poprzedniego życia i jestem w stanie po prostu wiedzieć różne szczegóły z poprzedniego wcielenia, które umarło młodo, skoro lata młodzieńcze spędziło w latach osiemdziesiątych, a ja w ’91 się urodziłam….
ale to jest wywód na inną okazję

 

I teraz, gdy pojedyncze utwory z mojego dysku po prostu znikły, pozostawiając tylko kanon, postanowiłam znów rozpocząć poszukiwania. Na Cyfrowym radiu, w przerwie Hożych Doktorów znalazłam Foo Fighters – everlong. Zakochałam się i zmotywowałam do działania.
Następnego dnia, gdy mój komputer już się leczył, wklepałam na siostry klawiaturze 101x.com i kazałam Firefoxowi wejść na tę stronę, by włączyć to, co proponuje nam ta stacja. Oprócz gadania, które w porannej audycji jest obowiązkowe, pokazał się utwór Mumford & Sons – little lion man, z cenzurą. Poza tym, kilka chwil przed włączeniem radia leciały piosenki, przy których świecą mi się oczy – 3 libra’s (którą uważam za najpiękniejszą piosenkę świata i za każdym razem podaję ją jako swoją ulubioną, bo to w zasadzie piosenka najważniejszych momentów mojego życia), Let it Die, Warning, Sleepyhead, nowa piosenka Kingsów i coś Depechów. Do szczęścia brakowało Innerpartysystem i The Servant, ale gdy ich piosenka znajdzie się w radiu, to ja zostanę Ministrem Edukacji. Byłam szczęśliwa, bo wiedziałam, że to radio dla mnie i głupotą było zostawiać je na tak długo (ostatnio słuchałam go we wrześniu tamtego roku, zakochując się w Offspring i Coldplay na bardzo krótki czas), ale teraz naprawiam swój błąd.

 

Aktualnie nie mogę się odczepić od pięciu piosenek, które Winamp odtwarza w kółko od „świtu” do „nocy” czy raczej w moim przypadku od popołudnia do świtu, bo w tych godzinach rozgrywa się moje życie.
No i Muse. Zakochałam się w nich, poważnie na tyle, że powoli robię dla nich miejsce wśród czołówki. A by dostać się do pierwszej dziesiątki potrzebują oni ponad 900 odtworzeń. Mają 75 od trzech dni, więc w takim tempie pojawią się w czołówce za półtora miesiąca, a wcześniejszych mają setkę – przewiduję jeszcze szybszy awans, ale zobaczymy.
Z tego miejsca żałuję, że jednak nie pojechałam na CLMF, a kurczę chciałam! Gdybym się bardziej postarała, to bym nie patrzyła tęsknie na napis „W trasie” na ich profilu w Last.fm, ale cóż. Nie planuję umierać w najbliższym czasie, więc jeszcze to nadrobię.

 

Czy coś jeszcze dołączy do czołówki z tych piosenek, których słucham bez przerwy? Może, ale na razie nie mam ochoty sprawdzać innych utworów takich zespołów jak: Phoenix, Mumford & Sons, Neon Tree, Shinedown, Broken Bells czy Crash Kings. Może tak jak na Passion Pit ich czas nadejdzie trochę później, gdy już przyzwyczaję się do tego co znajduje się w tej topowej dziesiątce?

 

Są piosenki, przy których mam ciarki na rękach i plecach, a moje krótkie włosy stają dęba. Są takie, przy których mam ochotę myśleć i takie, przy których myśleć się nie powinno. Są takie na dobry humor, i te na złe. Niektóre mają w sobie coś więcej, bo wraz z ich nutami przed oczami stają mi wspomnienia różnej treści (w tej kategorii królują: Yann Tiersen – la valse s’Amelie, Morandi – save me, Rihanna – disturbia, Offspring – you’re gonna go so far, kid i Leona Lewis – bleeding love). Część piosenek mnie nakręca, pobudza i elektryzuje, tu głównie 3oh!3, których nie umiem słuchać po cichu, a każdy nowy singiel ma ochotę wyrwać się z tych starych głośników, na które jednak nie powinnam narzekać.

 

Nigdy nie napisałam dłuższego posta. Moja prezentacja maturalna była chyba nawet krótsza. Pięknie.

 

_°_6 maja 2011_°_
No więc dobrze, mówię z perspektywy czasu – Muse nie przetrwał długo, choć faktycznie dotarł do ścisłej czołówki, na tyle, bym teraz się nim porządnie znudziła. Mumford & Sons – tak, nadszedł dla nich czas, rozkochali mnie w sobie tym brytyjskim akcentem! Był jeszcze Mitchel Musso w międzyczasie tak zwanym, a teraz rządzi kolejne „coś” na M, czyli Mars Volta, w kwestii nowości.

Przeżywam po raz kolejny miłość do Innerpartysystemu i 3oh!3, żyjąc już tylko koncertem.